czwartek, 19 lipca 2012

3

Wspomnienie wczorajszego wieczoru przyprawiało mnie o mdłości. Wciąż w uszach słyszę krzyk Julie: "Chłopaki są w szpitalu!". Szpital, szpitalem, ale istnieje prawdopodobieństwo, że znaleźli się tam z wyłącznie mojej winy. Zdałam sobie sprawę, że powinnam tam chyba pojechać, żeby się czegoś dowiedzieć. Może po prostu panuje jakaś choroba, na którą Harry jest zaszczepiony? Albo po prostu zjedli coś innego przed moim przyjściem? Postanowiłam dłużej o tym nie myśleć i po obiedzie udać się wreszcie do tego szpitala. Po pokonaniu olbrzymich korków dotarłam na miejsce. Oczywiście żadna pielęgniarka nie chciała mi powiedzieć gdzie leżą chłopaki, bo "nie jestem nikim z rodziny". Postanowiłam działać na własną rękę, kiedy kobieta wyszła do toalety prawie przeczołgałam się pod recepcją. Kolejny punkt mojego planu? Znaleźć chłopaków, choć nie będzie łatwo, szpital był ogromny. Mam nadzieję, że leżą chociaż w jednej sali. Szłam długim, śnieżnobiałym korytarzem mijając coraz to więcej drzwi. Postanowiłam skręcić , w któryś z korytarzy. Z jednej sali wyszedł Harry, rozmawiał z kimś przez telefon. Podeszłam do niego bliżej, zauważył mnie i rozłączył się.
- Po co tu przyszłaś?- powiedział, najwyraźniej dalej zamierza uprzykrzać mi życie.
- Ciebie też miło widzieć.- odpowiedziałam z sarkazmem.- Przyszłam odwiedzić chłopaków.
- Nie trzeba. Jakoś radzą sobie bez ciebie.
- Czy... czy oni zatruli się moim ciastem?- spytałam z niepewnością w głosie, na co on wybuchnął śmiechem.- Co jest w tym takiego śmiesznego?
- Nie, nic. - z trudem powstrzymywał śmiech.
- A więc, co im jest?- nie dawałam za wygraną.
- Zatruli się, ale na pewno nie twoim ciastem.- powiedział z uśmiechem.
Przez chwilę czułam się tak jakby na prawdę mnie lubił. A może tylko tak udaje? Sama nie wiem.
- Ufff, ulżyło mi.- też się uśmiechnęłam.- Mogę do nich zajrzeć?
- Niestety nie, mi lekarz też zabronił.
- Trudno, przyjadę potem....  No to... cześć.
- Jedziesz do domu?
- Tak.
- A mógłbym jechać z tobą?
- Yyyy... jasne, już dzwonię po taksówkę.
- A więc chodźmy.- znowu się uśmiechnął.
Już nie wiedziałam o co mu chodzi. Jeszcze przed chwilą "skakał" mi do gardła,  a teraz?
Zadzwoniłam po taksówkę i wyszliśmy przed szpital.
- To on!- krzyknęła jakaś dziewczyna.
- Mamy mały problem.- powiedział Harry.
- Nie wiem czy taki mały.- wskazałam palcem na drugą stronę ulicy, gdzie stała cała grupka fanek.
- O, nie, nie chcę z nimi teraz rozmawiać. Mam pomysł.- złapał mnie za rękę i zaczęliśmy biec.
Miał taki ciepły dotyk.... Stop! Nie możesz się w nim zakochać! Już po chwili znaleźliśmy się w parku, biegliśmy miedzy drzewami, aby zgubić fanki, ale te nie dawały za wygraną.
- Chodź tutaj!- krzyknął Harry.
- Co?!
- Proszę, nie mamy innego wyboru.- zrobił proszącą minę, której nie mogłam się oprzeć.
- Niech ci będzie.
Cudowny plan Harry'ego polegał na tym, aby schować się w jakimś krzaku i poczekać, aż fanki odejdą. I ja się na to zgodziłam? Sama się sobie zdziwiłam, ale te jego oczy....
Siedzieliśmy tak w tych krzakach już chyba z dwie godziny. Nie powiem, Harry skutecznie odwracał moją uwagę od upływającego czasu. Nawet mogę powiedzieć, że go polubiłam. Powoli zapadał zmrok, robiło mi się chłodno, nie podejrzewałam, że tak spędzę resztę dnia, dlatego nie wzięłam nic ciepłego. Zauważył to Harry. Ściągnął marynarkę i zarzucił mi na ramiona.
- Dziękuję.- powiedziałam.
- To ja dziękuję, że zgodziłaś się tutaj ze mną siedzieć.
- Pomijając fakt, że gałąź wbija mi się w plecy, to jest tutaj całkiem wygodnie.- zaczęliśmy się śmiać.
- Wiesz, chyba możemy już iść.- powiedział Harry.
Pomógł mi wstać i wyjść na ścieżkę. Złapaliśmy taksówkę i udaliśmy się do swoich domów.
______________________________________________________________________________

Hej! Przepraszam, że tak dawno nie dodawałam. Mam nadzieję, że wam się spodoba. A i jeszcze jedno. Zapraszam na blog o naszym siatkarzu Bartku Kurku http://siatkarskamilosc.blogspot.com/.